RSS icon FB icon TW icon YT icon SS icon

27 września 1995 roku Wiesław Iwanowski zarejestrował pierwszą w Polsce praktykę lekarza rodzinnego

25 września 2015

– Pierwsi wpadają na miny, ale też pierwsi zbierają prawdziwki – żartuje lekarz rodzinny z Bielawy Wiesław Iwanowski, który nie tylko zarejestrował pierwszą w Polsce praktykę, ale też współtworzył podstawy tej dziedziny w naszym kraju. – W ciągu tych minionych 20 lat trafiałem na wiele min. Wspaniałych chwil jednak także nie brakowało.

Wiesław Iwanowski praktykuje do dziś i wiele wskazuje na to, że długo nie przestanie. Wciąż zachowuje zapał do pracy lekarza i entuzjazm dla medycyny rodzinnej. A przecież w niewiele brakowało, by w ogóle nie został lekarzem.

– Miałem być nauczycielem chemii i fizyki – wspomina lekarz. – Skończyłem studium nauczycielskie w Białymstoku i miałem już załatwioną pracę w szkole. Jednak zdałem na medycynę, dostałem się, ukończyłem studia o czasie, a potem dostałem stypendium i pracę w Bielawie. I tak zostałem lekarzem.

Początki fascynacji lekarza medycyną rodzinną sięgają lat 80-tych, gdy w Polsce taka dziedzina nie istniała. Ziarno zostało zasiane podczas rozmów z osobami ze Szwajcarii, które opowiadały, że nie wyobrażają sobie opieki medycznej bez SWOJEGO lekarza rodzinnego. Takiego, który dobrze zna całą rodzinę, najczęściej lecząc kolejne pokolenia, do którego można się zawsze zwrócić i nie jest się anonimowym numerkiem w przychodni. W siermiężnej rzeczywistości PRL brzmiało to jak bajka.

„Bajka” zaczęła się realizować w naszym kraju po powstaniu lekarskiego samorządu w 1989 r. W tym środowisku pojawiły się pierwsze głosy o konieczności zreformowania podstawowej opieki zdrowotnej z wykorzystaniem sprawdzonych wzorców w zachodnich krajach. Na początku lat 90-tych powołano zespół ekspertów, który pracował nad reformą. Wiesław Iwanowski działał w nim jako delegat Dolnośląskiej Izby Lekarskiej.

-Sprawy ruszyły pełną parą, gdy koordynacją działań na rzecz medycyny rodzinnej zajął się ś.p. prof. Andrzej Steciwko – wspomina Iwanowski. – Warto też wspomnieć, że nawet środowisko medyczne było w tej sprawie podzielone. Nie brakowało krytyki i wątpliwości, nie wszyscy też wierzyli, że to się może udać i że ma głęboki sens. Dzięki niewielkiej grupie lekarzy, przekonanych do słuszności idei, mimo to szliśmy do przodu.

Gdy tylko zostały określone kompetencje lekarza rodzinnego i ustalony system jego kształcenia, Iwanowski zdał egzamin i zaczął czynić pierwsze kroki do założenia własnej praktyki. Kontrakt trzeba było wówczas podpisać z wojewodą. Problem w tym, że urzędnicy nie bardzo wiedzieli, jak to ma wyglądać w szczegółach. Dlatego podpisanie pierwszego historycznego kontaktu na praktykę lekarza rodzinnego odbyło po wielu konsultacjach w Ministerstwie Zdrowia.

– 27 września podpisaliśmy umowę, a następnego dnia zacząłem pracę lekarza rodzinnego w Bielawie – opowiada lekarz. – Kontrakt zakładał, że dostaję z puli wojewody określoną kwotę, w zależności od liczby pacjentów. System był taki, że wszelkie zlecone przeze mnie badania finansowane były przez ZOZ.

Pacjenci powoli zaczęli zapisywać się do lekarza, a ich liczba regularnie rosła, bo zgłaszali się całymi rodzinami. Wkrótce było ich tylu, że dr Iwanowski już nie miał czasu na nic innego poza pracą, przyjmując pacjentów do 23.00. Któregoś dnia, po przyjęciu kilkudziesięciu pacjentów w poradni i szesnastej wizycie domowej, ze zmęczenia nie wiedział, czy podjechał pod swój własny dom czy pod dom pacjenta. Wtedy po raz pierwszy pomyślał; „Koniec. Zamykam praktykę. Nie dam rady”. Oczywiście, rano zmienił zdanie i … daje radę do dziś.

Takie pierwsze doświadczenia pozwoliły uświadomić granice możliwości w pracy lekarza i wpłynęły na udoskonalenie systemu.

– Miałem w pewnym momencie na liście 2,5 tys. pacjentów – mówi Wiesław Iwanowski. – Moim zdaniem 2 tysiące to maximum możliwości lekarza rodzinnego, który musi mieć odpowiednio dużo czasu dla pacjenta. Obecnie mam 1,7 tys. pacjentów (w tym 1,5 uznawanych przez NFZ, pozostali uważani są za nieubezpieczonych) i jestem przekonany, że to optymalna liczba, ale rentowność praktyki powinna być naliczana od 1700 osób, a nie jak to jest obecnie od 2750.

Można uznać, że w porównaniu do początków działalności lekarz ma teraz komfort: „zaledwie” 40-50 przyjęć dziennie i średnio 3 wizyty domowe. Tylko, że w trudnych pionierskich czasach – jak mówi – czynności administracyjne i inne związane z biurokracją zajmowały mu 1 proc. czasu pracy , a obecnie – 50 proc.

Zdaniem dr Iwanowskiego, osiągnięciem lekarzy rodzinnych jest też to, że potrafili zorganizować swój związek. W pojedynkę dziś trudno byłoby cokolwiek zdziałać, a do interpretacji coraz to nowych przepisów i biurokratycznych obowiązków korzystanie z wiedzy ekspertów staje się wręcz koniecznością. Także jako związkowiec dr Iwanowski jest pionierem. Jego przydomowy ogródek w Bielawie to historyczne miejsce również dla Porozumienia Zielonogórskiego. Tu właśnie siedmiu lekarzy pewnego chłodnego majowego dnia stworzyło statut Dolnośląskiego Związku Lekarzy Rodzinnych, który stał się potem osią statutu powstałego później Porozumienia Zielonogórskiego.

Po 20 latach istnienia polskiej medycyny rodzinnej można, niestety, mieć także gorzkie refleksje:

– Przykre jest to, że znowu spycha się lekarza rodzinnego do roli lekarza pierwszego kontaktu – dodaje Iwanowski. – Specjalizacja staje się coraz mniej atrakcyjna dla młodych kolegów, jest nas coraz mniej. Ale my się nie damy! Zawsze powtarzam, że najważniejsze są fundamenty. Jeśli coś w nich jest nie tak, wali się cały dom. A medycyna rodzinna jest fundamentem systemu opieki zdrowotnej. Dlaczego trzeba i warto o nią walczyć.


Możliwość komentowania została wyłączona.

  

Wyszukiwarka

Login

Forgot Password?